

Int. Ch. BONDY z Africke Savany ojciec naszego reproduktora
 XYN Elessar (Dwunasty) ur. 17.03.99r. czyli Filip Rodezyjski wł. Agnieszka i Tomasz Zwolińscy, zdj.: lipiec 1999r.
 XYN Elessar czyli "Filip - pies na lwy..." Tak wygladaliśmy gnębieni przez leśniczego w sierpniu 1999r.
 XAR Elessar ur. 17.03.1999r. wł. Roma i Konstanty Matyjaszczyk "Zbliżenie naszej GWIAZDY", zdj.: Świebodzice 1999r.
 ur. 17.03.1998r. YAHOO Elessar i jego psia kompania, zdj.: wiek 4,5 m-cy,
 YAHOO Elessar ur. 17.03.1998r. "Lubię kopac!", zdj.: wiek 3,5 m-ca
 Hodowla "Elessar" ostatni miot na "X" czyli małe lizuski
|

do strony głównej
|
do hodowcy "LIST PIERWSZY" |
| Kraków dn. 12.11.1999r. |
ROZDZIAŁ PIERWSZY czyli o tym jak dotarliśmy do domu. |
Wyruszyliśmy od Pani w towarzystwie ogromnej kości, która zupełnie uśpiła czujność naszego nowego przyjaciela. Pożerał ją w takim tempie, jakby od urodzenia nie miał nic w pysku. Niestety równie szybko kosteczka opuściła żołądek psinki, zanieczyszczając moje kolana, do których cały czas piesek był przyklejony. Zmusiło nas to do zrobienia sobie przerwy na siusianie oraz oczyszczanie samochodu i moich spodni. Wtedy pies (jeszcze bezimienny) zorientował się, że coś tu nie gra. Zaczął się trząść i bezpieczme czuł się tylko w samochodzie i to na moich kolanach. Żadne siusiu na świeżym powietrzu nie wchodziło w rachubę. Tylko moje kolana spełniały wszystkie psie kryteria dotyczące miejsc do robienia siusiu.
Było świetnie. Kiedy dotarliśmy do Krakowa przedstawialiśmy sobą widok nędzy i rozpaczy. |
ROZDZIAŁ DRUGI czyli o tym jak walczyliśmy o łóżko. |
Było późno. Pies, już o imieniu FILIP, zjadł dwie miarki eukanuby i położył się na środku pokoju jakby oczekując, co jeszcze złego może go dzisiaj spotkać. Imię Filip wymyśliliśmy po drodze. Miało być wypadkową Nelsona, Kunty i innych. Filip wydało nam się najbardziej pasujące do naszej rodziny i tak już zostało.
Wracając do pierwszej wspólnej nocy, to okazało się, że pies jest inteligentny i wie gdzie jest najwygodniej i najbezpieczniej - oczywiście u nowej Pani w łóżku. Walka z psem o prawo do własnego łóżka zajęła mi całe dwie noce. Serce krwawiło, dusza płakała kiedy słyszałam jak biedne psisko płakało, ale przygotowana teoretycznie lekturą odpowiedniej literatury byłam twarda. Pies w końcu zaakceptował swoje posłanie, które nawiasem mowiąc nie jest wcale mniej wygodne od mojego łóżka, a dzisiaj już nawet pięknie reaguje na hasło "na miejsce" i szybciutko biegnie do swojego cieplutkiego "pontonu".
"Ponton " ma zresztą ogromne wzięcie. Dwuletni Maciek zabiera swoją poduszkę i kocyk i idzie do Filipa do pontonu, mówi: -"Posuń się Pilip." - co pies grzecznie wykonuje, a następnie przytula się do niego i razem usypiają przykryci maćkowym kocykiem. Nigdy nie zdarzyło się, żeby pies wykazał się jakąkolwiek agresją, w stosunku do dzieci, chyba, że się go przestraszy podczas snu, ale i wtedy jest to tylko ostrzegawcze warknięcie - i koniec. |
ROZDZIAŁ TRZECI czyli o tym jak nauczyliśmy się czystości. |
Filip, jak każdy szczeniak, siurał i to nie tylko w domu. Zaznaczył swoim zapachem wszystko z wyjątkiem mebli tapicerowanych. Kiedy wychodziliśmy na spacer strasznie się męczył. Nie uznawał wypróżniania się poza domem. Myślałam, że kiedy będę wychodzić z nim tuż po obudzeniu to siłą natury będzie musiał się wysikać.
Jakże się myliłam.
Psu oczy wychodziły z orbit. Widać bylo, że pęcherz mu pęka - i nic. Nie karciliśmy go bo facet i tak nie wiedziałby o co chodzi. Kupowaliśmy specyfiki o zapachu, ktory powalał slonia, a naszego psa miał sprowokować do sikania w zaznaczonym miejscu - i nic. Aż któregoś dnia, zupełnie nie wiadomo dlaczego, pies wysikal się podczas spaceru i tak już zostało do dziś.
Pies rodezyjski z szacunkiem obchodził podczas spacerów kałuże wielkości jednogroszówki więc widok wanny z wodą o mało nie wywołał u niego zawału serca kiedy przyszedł czas na kąpanie psa. Wyrok przyjął do wiadomości z godnością właściwą rodezyjskim psom na lwy i poddał się ablucjom bez zbędnych ceregieli i - o dziwo - przeżył. Doszedł więc do wniosku, że nie jest to aż tak straszne. Kałuże na wszelki wypadek w dalszym ciągu omija z daleka. |
ROZDZIAŁ CZWARTY czyli o tym, że lubimy naszego Doktora, jak chodzimy do szkoły i gdzie byliśmy na wakacjach. |
Przyszedł czas żeby zglosić się na szczepienie. Pan Doktor kiedy zobaczył Filipińskiego, wpadl w zachwyt. Nigdy w życiu wcześniej nie miał okazji zobaczyć żywego rodezyjskiego. Ulubił go sobie, z wzajemnością, tak że wizyty u weterynarza nie są dla nas niczym strasznym. Pozostajemy w stałym kontakcie z powodu kontroli uszu i ewentualnego pedicuru.
Do szkoły chodzimy 3 razy w tygodniu i 12 grudnia będziemy przystępować do egzaminu na PT I. Jeżeli tylko Filip nie stwierdzi, że biegający koledzy są bardziej interesujący od pani, to mamy duże szanse zdać z sukcesem.
Piewsze wspólne wakacje spędzaliśmy częściowo w lesie pod Krakowem gdzie mamy działkę z domem, a częściowo w górach pod Turbaczem. Pan leśniczy co prawda w sposób dramatyczny ograniczał swobodę Filipa, ale wytłumaczyliśmy mu, że rodezyjski poluje owszem, ale na lwy, a nie na sarenki i lisy. Odniosłam wrażenie, że moje tłumaczenia nie trafiły mu do przekonania, ale już nas tak nie tępił bez smyczy, zwlaszcza kiedy Filip miał założony kaganiec. Ogólnie wakacje w porządku, bo z daleka od wody, a strumyk nie stanowił dla Filipa realnego zagrożenia. |
| Agnieszka i Tomasz Zwolińscy |
|